top of page

Hejt nie kończy się po dzwonku


Ma 12 lat. Wraca ze szkoły, rzuca plecak w kąt. To był zwykły dzień – bez uwag, bez konfliktów, bez scen. Ktoś zapytany z boku powiedziałby: wszystko w porządku.

Siada na łóżku i sięga po telefon.

I właśnie wtedy zaczyna się coś, czego dorośli najczęściej nie widzą.

Najpierw pojawia się jedna wiadomość. Potem kolejna. Komentarze pod zdjęciem, memy krążące w klasowej grupie, „żarty”, które nie są już śmieszne. Nikt nie pisze wprost, ale sens jest czytelny. Wykluczenie nie musi być głośne. Wystarczy, że jest konsekwentne.

Dla dziecka granica między światem offline i online praktycznie nie istnieje. To jedno doświadczenie – przenikające się, ciągłe, pozbawione pauzy. Szkoła się kończy, ale relacje – także te przemocowe – trwają dalej. W kieszeni. W telefonie. W głowie.

Z perspektywy dorosłych łatwo to zbagatelizować. „To tylko internet”, „takie czasy”, „dzieci zawsze się droczyły”. Problem w tym, że dzisiejszy hejt nie kończy się wraz z wyjściem ze szkoły. Nie ma dzwonka, który go zatrzymuje. Nie ma przestrzeni, w której dziecko może się od niego odciąć.

Jak pokazują badania Biuro Rzecznika Praw Dziecka, aż 84% młodych ludzi wskazuje hejt jako jedno z największych zagrożeń w internecie, a 75% ofiar cyberprzemocy nie mówi o tym nikomu. To nie jest margines. To codzienność.

Milczenie nie wynika z braku problemu. Wręcz przeciwnie – często jest jego najbardziej niepokojącym objawem. Dzieci nie zgłaszają przemocy, bo nie są pewne, czy to już „coś poważnego”. Boją się eskalacji, odwetu równieśników. Nie wierzą, że reakcja dorosłych coś zmieni. Albo po prostu nie znają odpowiednich słów, żeby to nazwać.

Tymczasem skutki są bardzo realne. Spadek poczucia własnej wartości, wycofanie, przewlekły stres, zaburzenia snu, stany lękowe. Zjawiska, które dla dorosłych wciąż brzmią jak „internetowe”, w rzeczywistości mają bardzo fizyczny i psychiczny wymiar. Zwracają na to uwagę również eksperci NASK, podkreślając, że współczesna przemoc rówieśnicza coraz częściej przybiera formy niewidoczne na pierwszy rzut oka, a przez to trudniejsze do uchwycenia i zatrzymania.

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że z zewnątrz często nic nie widać. Dziecko odpowiada na pytanie „jak było w szkole?” krótkim „dobrze” – i to zamyka temat. Dorośli słyszą odpowiedź, która ich uspokaja. Nie słyszą tego, co naprawdę dzieje się dalej.

Dlatego kluczowa zmiana nie dotyczy technologii, ale relacji. Zakazy, kontrola czy ograniczanie dostępu do telefonu rzadko rozwiązują problem – mogą wręcz go pogłębić, odcinając dziecko od jedynego kanału kontaktu z rówieśnikami. To, co realnie działa, jest znacznie mniej spektakularne: uważność, obecność i gotowość do zadania drugiego pytania.

Nie „jak było?”, tylko „na pewno wszystko w porządku?”. Nie jednorazowa rozmowa, ale sygnał: „możesz mi powiedzieć więcej”.

W świecie, w którym przemoc nie kończy się wraz z ostatnim dzwonkiem, to właśnie dorosły może stać się jedyną realną granicą bezpieczeństwa. Dlatego tak ważne jest dbanie o relacje z dziećmi, szczególnie w trudnym wieku dorastania. Dlatego tak ważna jest edukacja w szkołach - by pracownicy potrafili wychwycić subtelne zmiany w zachowaniu dzieci i przyjść im z pomocą.

Bo dzwonek kończy lekcję. Nie kończy hejtu.

Komentarze


bottom of page